EN
image/svg+xml

Powieść o Róży Wilhelma z Lorris

1 lutego w naszym Teatrze długo wyczekiwana premiera nowego sezonu "Imię róży" w reżyserii Radosława Rychcika. Prezentujemy wiersz Wilhelma z Lorris pt. "Powieść o Róży" z pierwszej połowy XIII wieku w tłumaczeniu Małgorzaty Frankowskiej-Terleckiej i Teresy Giermak-Zielińskiej. To piękny, literacki komentarz do spektaklu nad którym pracuje teraz cała ekipa artystyczna naszego Teatru.



Wilhelm z Lorris, Powieść o Róży (1225-1230)

W zwierciadle, wśród tysiąca rzeczy,
dostrzegłem kwieciem obsypane
krzewy różane, żywopłotem
w ustronnym miejscu okolone;
wówczas tak bardzo zapragnąłem
pójść tam, gdzie kwitło róż najwięcej,
że nie poniechałbym zamiaru
nawet i za Paryża cenę.

Gdy więc mnie naszła chęć szalona,
którą przede mną inni czuli,
poszedłem prędko w stronę krzewów;
i wiedzcie, że gdy się zbliżyłem,
[zapach tych róż upajający
wypełnił całe wnętrze moje
niby balsamem najwonniejszym.
Gdybym nie lękał się napaści]
lub wzgardy, to bym chociaż jedną
zerwał różyczkę, aby w dłoni
trzymać ją i jej zapach chłonąć.

Bałem się jednak tego czynu,
Gdyż mógłby się on nie spodobać
Panu, co władcą był ogrodu.
Róż pięknych rosło tam bez liku,
piękniejszych nigdzie w świecie nie ma;
były tam pączki rozmaite:
małe, stulone, trochę większe
i jeszcze większe, takie, które
rozwijać się już zaczynają,
tych tu i ówdzie pełno było.

(…)

Wybrałem spośród pączków jeden,
tak piękny, że aż bez wartości
stawał się przy nim każdy inny,
tak znakomity był mój wybór;
najlepszym bowiem był Natury
dziełem zdobiący płatki kolor:
odcień czerwieni delikatny.

Z wielkim mistrzostwem też Natura
jedne przy drugich rozłożyła
listeczków zgrabnych cztery pary;
łodyżka prosta niby trzcina,
a jej wierzchołek wieńczył pączek,
ni zwisający, ni schylony.
Rozsiewał woń rozkoszną.
Całe to miejsce napełnione
było zapachem owym słodkim.

(…)

Bóg Amor, który już od dawna
łuk dzierżąc w dłoni, za mną spieszył
i bacznie moje kroki śledził,
wtem za figowym skrył się drzewem;
kiedy zaś ujrzał, że się zbliżam
i spośród wszystkich pączków róży
wybieram jeden, najpiękniejszy,
[a żaden inny mnie nie ciągnie,]
wnet do kołczana swego sięgnął,
strzałę założył na cięciwę,
naciągnął dobrze, aż do ucha,
łuk, co miał moc nad podziw wielką
i w środek oka celnie mierząc,
tamtędy w serce posłał strzałę
tak, że jej ostry grot poczułem.
Chłód całe me ogarnął ciało.
Jak z zimna drżałem bezustannie,
chociaż mnie ciepły płaszcz ochraniał.
(…)
A wtedy mocno dłońmi dwiema
chwyciłem strzałę i ciągnąłem,
jęcząc od bólu i wzdychając,
aż wreszcie drzewce wraz z piórami
udało mi się jakoś wyjąć.
Jednak grot bardzo wyostrzony
strzały, co zwała się Uroda,
tak mocno utkwił w sercu moim,
że niepodobna go usunąć.
Grot więc pozostał, a ja jeszcze
ukłucie jego ostre czuję.


(tłum. Małgorzata Frankowska-Terlecka i Teresa Giermak-Zielińska)