EN
Kadr z filmu "Anioł w szafie w reżyserii Stanisława Różewicza

Anioł w szafie, reż. Stanisław Różewicz

Najbliższe terminy

Termin → 1 marca 2021, godz. 19:00
Miejsce → kino MOS
Gość → Jerzy Trela, Grażyna Barszczewska
Bilet normalny → 20 zł
Bilet ulgowy → student/ senior - 13 zł

"Anioł w szafie" to film o odpowiedzialności, o obowiązkach wobec siebie i innych. W zwariowanym świecie, w którym żyjemy, trudno udawać, że nie widzi się groźnych zjawisk - w postawach ludzi, w stosunkach międzyludzkich.

film psychologiczny, Polska, 1987, 91 min.
reżyseria: Stanisław Różewicz
obsada: JERZY TRELA, Beata Paluch, Grażyna Barszczewska, Maria Czubasiewicz

"Anioł w szafie" to film o odpowiedzialności, o obowiązkach wobec siebie i innych. W zwariowanym świecie, w którym żyjemy, trudno udawać, że nie widzi się groźnych zjawisk - w postawach ludzi, w stosunkach międzyludzkich. Więc film o sumieniu. O pamięci, bez której jesteśmy niczym. O strachach i lękach w nas i wokół nas" - mówił przed dziesięciu laty Stanisław Różewicz. Jego "Anioł w szafie", nawiązujący formalnie do o trzy lata wcześniejszej "Kobiety w kapeluszu" jest filmem o nader skąpo zarysowanej fabule, pełnym przemieszanych planów czasowych, długich ujęć, niedopowiedzeń i aluzji. W okresie narastającej w Polsce popularności kina akcji mógł uchodzić za gest intelektualnej przekory wobec nowych mód, gubiących często to, co nadawało filmowi status arcydzieła. Nic dziwnego zatem, że utwór Różewicza przeszedł niemal bez echa - wśród publiczności, bo nie wśród krytyków. Ci dostrzegli w "Aniele w szafie" subtelne nawiązania do wybitnych dokonań światowej literatury i filmu. Pisano o aluzjach do "Upadku" Alberta Camusa, "Powiększenia" Antonioniego i "Blow Out" de Palmy. Różewiczowską filozofię cnoty, jako sprawności użytecznej tylko w relacjach międzyludzkich, wywodzono z personalizmu Mouniera i Maritaina. Część krytyków podkreślała także sugestywny, mroczny klimat filmu. Świat "Anioła w szafie" wypełniony jest przez niepewność i trwogę. Żyjących w nim ludzi trawią niepokoje dotyczące zarówno spraw aktualnych, jak i dawnych, pozornie zapomnianych, latami zagłuszanych gdzieś na dnie sumienia. Zwłaszcza te drugie, nagle i przypadkowo wydobyte z najciemniejszych zakamarków pamięci mogą w ułamku sekundy zachwiać pracowicie konstruowaną wewnętrzną równowagę.

Jan, filmowy realizator dźwięku, jest człowiekiem wrażliwym, zafascynowanym swoją pracą, rzetelnym, cieszącym się szacunkiem. Jego rezerwa wobec otoczenia wynika z pewnej tajemnicy, którą nosi w sobie. Przed laty, podczas nocy spędzonej z ukochaną Elżbietą, nie zareagował na krzyki mężczyzny wzywającego pomocy. W czasie nagrywania dźwięku do filmu słyszy w słuchawkach dziwne zakłócenia. Dla córki, Kasi, która wyjechała do Szwecji, przygotowuje taśmę z "głosami z kraju". Na planie Janowi ginie mikrofon. Reżyser zwierza mu się ze swych niepokojów o prawdę w nakręconym filmie. Jan radzi mu, by słuchał swego wewnętrznego głosu. Własne wspomnienia powodują, że udaje się do psychiatry, który stwierdza u niego "tłumienie świadomości". Żona Jana, Teresa, ma coraz większe kłopoty w pracy. Jan stara się odnaleźć Elżbietę. Od pani Olgi dowiaduje się, że po owej nocy, kiedy usłyszał głos wołającego go o pomoc, nieopodal znaleziono zabitego mężczyznę. Elżbieta wkrótce po tym wyjechała z miasteczka. Podczas prób odzyskania mikrofonu Jan zostaje dotkliwie pobity. O świcie Jan wychodzi z domu. Widzi Elżbietę w sukni Teresy. Jolę, dziewczynę, która chciała zagrać w filmie i prosiła go o protekcję, Myszkę, koleżankę żony, Kasię, a także panią Olgę, przechowującą w szafie figurkę anioła na swój grób. Natyka się na mężczyznę, któremu kiedyś nie udzielił pomocy. Następnego dnia Jan nagrywa "głosy miasta". Widzi żonę, oglądającą się za siebie, nie zauważającą go i znikającą w podcieniach.

"Anioł w szafie" nie poddaje się jednoznacznej interpretacji. Niczym romantyczny dramat ma budowę otwartą. Niektórzy krytycy zarzucali mu nawet myślowe przekombinowanie i niespójność. Inni zaś dopatrywali się w "Aniele..." eleganckiego i bezlitosnego zarazem oskarżenia dookolnej rzeczywistości, pełnej trywialności, głupoty, beznadziei. Podkreślali Różewiczowską umiejętność budowania przenikliwych syntez współczesności z pozornie nieważnych i banalnych szczegółów codziennego życia. Komplementy zebrał też zespół aktorski. Zwłaszcza Jerzy Trela jako odtwórca roli Jana. Jego kreacja, oszczędna zarówno w emocjach, jak i słowach, skupia całą uwagę na wewnętrznym dramacie bohatera - jednostki skrytej, zamkniętej w sobie, cierpiącej. [PAT]


PORTRET ŁUKASZA MACIEJEWSKIEGO
GŁOS Z INNEGO ŚWIATA

Osobność to określenie - wytrych, bo przecież każdy artysta chciałby przede wszystkim być wyjątkowy, oryginalny, nietuzinkowy. Ale osobność Stanisława Różewicza brała się, rzecz znamienna, z oswajaniu tuzinkowości, banalności, prostych prawideł. To najtrudniejsza sztuka.

Umarł po cichu - w cieniu innych wydarzeń, w trakcie kanikuły długiego weekendu – ale było to odejście w stylu Różewicza. Tak samo przecież żył, podobnie pracował. Nigdy na pierwszym planie: zawsze obok głównych nurtów i małych przewrotów polskiego kina. Robił swoje, po swojemu.

Stanisław Różewicz towarzyszył początkom powojennej fali polskiego kina. Już w 1946, wspólnie z Wojciechem Jerzym Hasem, zrealizował dokument „Ulica Brzozowa”. Realizował filmy, sporadycznie także dokumenty, równolegle był założycielem i kierownikiem artystycznym stworzonego w 1967 Zespołu Filmowego „Tor”. Jako reżyser najlepszy bywał wtedy, gdy twórczo pomagali mu wytrawni scenarzyści: sławny brat reżysera, Tadeusz, albo Kornel Filipowicz. Scenarzysta „Wolnego miasta” i „Westerplatte”, Jan Józef Szczepański opowiadał mi, że już od pierwszego, zaaranżowanego przez Tadeusza Różewicza spotkania, odnalazł w młodym wówczas filmowcu prawdziwie lojalnego przyjaciela. Z rzędu tych: „na całe życie”. Aspekt wierności najbardziej fascynuje w „Westerplatte”: niezwykłym poszukiwaniu prawdy o siedmiu dniach września ’39; ale tak, żeby była to prawda uniwersalna, a zarazem jednostkowa. Prawda podana w sposób daleki od hurapatriotycznych przerysowań. Autor „Westerplatte” to także odkrywca aktorskich talentów, ale talentów specyficznych, bo kojarzonych zazwyczaj wyłącznie, albo niemal wyłącznie z jego nazwiskiem. Wanda Łuczycka, Kazimierz Rudzki, Barbara Horawianka, Hanna Mikuć - prawdziwe Różewiczowskie gwiazdy. Przecież jednak właśnie w kinie Stanisława Różewicza pięknymi rolami debiutowali niegdyś Marta Lipińska („Głos z tamtego świata”), Jerzy Radziwiłowicz („Drzwi w murze”), czy młodziutki Piotr Fronczewski („Wolne miasto”).

Nie znosił popisów. Siła kina Różewicza wynikała z subtelności zderzonej z intelektualną precyzją, rzetelną dokumentacją historyczną, wreszcie z dopracowanym scenariuszem. Wszystkie filmy Różewicza prezentują w gruncie rzeczy ten sam mechanizm. Banalna sytuacja, prozaiczna czynność, pospolici bohaterowie zostają postawieni wobec sytuacji, która ich przerasta, której usiłują sprostać – ale bez histerii, bez żadnego patosu. Bo życie nie wymaga od nas koturnu, a śmierć i tak jest tajemnicą. On już wie.

Łukasz Maciejewski (Tygodnik Powszechny)

Czytaj wszystko