EN
image/svg+xml

Bigda idzie! / reż. Andrzej Wajda
w cyklu "Przywrócone arcydzieła"

    Najbliższe terminy

    Termin → 28 stycznia 2020
    Miejsce → Kino MOS
    Godzina → 19:00
    Bilet → 12 zł
    Goście → Janusz Gajos, Krystyna Zachwatowicz-Wajda

    Adaptacja powieści Juliusza Kaden-Bandrowskiego „Mateusz Bigda” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Grand Prix pierwszego Festiwalu Dwa Teatry – SOPOT 2001.

    „Gdy słucham o tzw. demokracji parlamentarnej, rzygać mi się chce” – pisał pod koniec życia Juliusz Kaden-Bandrowski w liście do brata. Był marzec 1944 roku. Pisarz nie miał złudzeń co do rychłego zawłaszczenia wschodniej Europy przez ZSRR, lecz mimo to wspomnienie polskiej sejmokracji z lat dwudziestych wywoływało w nim dreszcz obrzydzenia. A znał ją Kaden na wylot, gdyż będąc zagorzałym piłsudczykiem od młodości parał się polityką. Jak mało kto umiał też o niej pisać.

    To właśnie dzięki pełnym demaskatorskiej pasji powieściom zyskał sławę najbardziej kontrowersyjnego prozaika międzywojnia. Zwłaszcza trzy jego dzieła: „Generał Barcz”, „Czarne skrzydła” i „Mateusz Bigda” stały się przysłowiowymi kijami włożonymi w mrowisko. Wywołały lawinę polemik zarówno z lewa, jak i z prawa.

    Kaden zaszokował współczesnych, ukazując – z niezwykłą jak na owe czasy ostrością – czczość górnolotnych haseł i ideologii. Dotknął do żywego polityków, portretując ich jako zgraję hochsztaplerów i cyników, bezwzględnie walczących o przywileje, wpływy i stołki. Liczne aluzje do rzeczywistych liderów partyjnych i prominentnych działaczy dodatkowo podgrzały atmosferę. Tak zwane wielkie przemiany społeczne w ujęciu Bandrowskiego stanowiły jedynie sprokurowany na użytek mas eufemizm, kryjący mafijne rozgrywki, szalejącą korupcję i imponującą galerię przejawów zwykłego draństwa.

    Autor „Łuku” wprowadził do rodzimej literatury rozumienie polityki jako procederu do cna pragmatycznego, odartego z romantyzmu wielkich idei i szlachetnych pobudek. Powstające od połowy lat dwudziestych powieści „straconych złudzeń” Stefana Żeromskiego, Zofii Nałkowskiej i Andrzeja Struga dawały wyraz rozczarowaniu wobec nowej Polski, odrodzonej po 123 latach niewoli.

    Jednak tylko Kaden ośmielił się nazwać II Rzeczpospolitą „odzyskanym śmietnikiem”, w którym po dawnemu królują prywata, warcholstwo i głupota. On też najgłośniej wykrzyczał, że w niepodległej Polsce najwyżej zaszli nie ci, którzy przelewali za nią krew, lecz cwaniacy i oportuniści.

    Spektakl Andrzeja Wajdy jest adaptacją monumentalnej, trzyczęściowej powieści Bandrowskiego pt. „Mateusz Bigda”, bodaj najgwałtowniej atakującej międzywojenny parlamentaryzm. Główny bohater książki i inscenizacji to ambitny, żądny władzy działacz chłopski, pod wieloma względami przypominający Wincentego Witosa. Przedstawienie ukazuje sejmowe intrygi Bigdy, zmierzające do obalenia dotychczasowego rządu i zastąpienia go nowym, rzecz jasna z nim na czele.

    Lider stronnictwa chłopskiego ma całkowitą świadomość, że jest „chamem” na salonach. Stanowi to dlań wszakże źródło siły, a nie kompleksów. Bigdę cechuje nieufność, arogancja, prymitywizm, ale zarazem piekielny spryt i całkowity brak skrupułów. Te cechy idealnie sprawdzają się w zakulisowych grach, kiedy można wreszcie machnąć ręką na wyborców, nawet jeśli hałaśliwie manifestują pod parlamentem. Na krzykaczy zawsze zdąży się wysłać policję, zaś z wrogami politycznymi należy postępować subtelniej, choć efekt powinien być identyczny – zastraszenie.

    Zanim to jednak nastąpi, trzeba bankrutujących przekupić, zamożnych zaszantażować, a niezłomnych spacyfikować. Prezes Bigda realizuje swój plan z wyjątkową finezją, bacząc przy tym, by popleczników wciąż trzymać za twarz, windując ich w górę kosztem coraz większych upokorzeń.

    Zrealizowany w konwencji filmowej spektakl Wajdy zdumiewa aktualnością. Śledząc rozwój fabuły trudno oprzeć się wrażeniu, że historia zatoczyła koło i polska scena polityczna końca lat dziewięćdziesiątych XX wieku niebezpiecznie przypomina tę sprzed siedmiu dekad. Przecież i dziś wytęskniona suwerenność paradoksalnie przyczynia się do kompromitacji mitów i zanegowania wartości, których wcześniej nie wytrzebiły ani szykany, ani cenzura, ani milicyjne pałki. Pośród sejmowych przepychanek, urażonych ambicji i łapczywie robionych karier znów ginie interes państwa. Zaś spod okrągłych zdań demokratycznie wybranych reprezentantów ludu coraz bezczelniej wyziera cynizm.

    Wielką zaletą inscenizacji Andrzeja Wajdy jest także znakomite aktorstwo. Janusz Gajos w roli tytułowej daje fascynujący i odpychający zarazem portret jednostki opętanej żądzą władzy. Deptuła Krzysztofa Globisza autentycznie niepokoi, pokazując, do czego może doprowadzić nieprzeciętna inteligencja pozbawiona moralnych hamulców. Marszałek Stachowski Andrzeja Seweryna to pełen smutnej prawdy wizerunek polityka może niezbyt mądrego, lecz prostolinijnego, co czyni go bezbronnym wobec podłości.

    I wreszcie Tadeusz Mieniewski w interpretacji Mariusza Bonaszewskiego, „jedyny sprawiedliwy” i właśnie dlatego najdotkliwiej potraktowany przez los. To do niego należą słowa kończące spektakl. Wypowiada je szeptem, a bezradność i rozpacz w jego oczach są równie ogromne, co daremne.


    Autor: Juliusz Kaden-Bandrowski
    Adaptacja i reżyseria: Andrzej Wajda
    Scenografia: Agnieszka Bartold
    Kostiumy: Małgorzata Stefaniak
    Zdjęcia: Andrzej Jaroszewicz

    Obsada: Janusz Gajos (Mateusz Bigda), Krzysztof Globisz (Władysław Deptuła), Olgierd Łukaszewicz (Hrabia Lachowski), Andrzej Seweryn (Stachowski), Krzysztof Kolberger (Przewodniczący Mieniewski), Mariusz Bonaszewski (Tadeusz Mieniewski), Jakub Przebindowski (Stanisław Mieniewski), Wojciech Siemion (Gruszka), Jerzy Łapiński (Ciarach), Rafał Królikowski (Kazimierz Stęgorz), Dorota Segda (Zuza), Ewa Konstancja Bułhak (Lola), Cezary Kosiński (Kapuścik), Zygmunt Malanowicz (Mordecki), Jerzy Nowak (Ksawery), Igor Śmiałowski (Rosławski), Andrzej Mastalerz (Tylko), Jarosław Boberek (Czybacz), Andrzej Szenajch (Strażnik) oraz Maria Mamona, Stanisław Banasiuk, Zbigniew Bogdański, Paweł Dolewski, Sławomir Grzymkowski, Grzegorz Grzywacz, Tadeusz Hanusek, Marcin Perchuć, Jan Rosiewcz, Rafał Rutkowski, Stanisław Sprażyński, Maciej Wierzbicki.

     

    RECENZJA
    To jeden z dowodów na to, że scena Teatru Telewizji ma sens. A zarówno tekst jak jego interpretacja są naprawdę warte tych kilkudziesięciu minut uwagi i skupienia. Ale również zabawy, chociaż podszytej gorzką refleksją.

    Tak o sztuce pisała Ewa Milewicz:

    Formalnie rzecz dzieje się w Polsce międzywojennej, w 1924 r. Faktycznie - wszędzie i zawsze, bo tacy politycy są wiecznie żywi.

    Pierwowzorem Mateusza Bigdy był podobno Wincenty Witos. Andrzej Zakrzewski, historyk tamtych czasów, pisał, że Witosowi dorobiono "czarną legendę". Że był niesłusznie przedstawiany przez współczesnych mu karykaturzystów z zaciśniętą pięścią, batem, jako człowiek wyrachowany, prymitywny, trzymający się władzy.

    Bigda ma zawsze portfel z "hakami" na przeciwników. Silny człowiek otacza się słabymi lub złamanymi współpracownikami. Nie szanuje ich i im nie ufa, bo w polityce nie ma lojalności. Czasem rzuci im ochłap, czasem wyrzuci za drzwi.

    Bigda wchodzi do parlamentu w jednej z pierwszych scen sztuki. W jednej z ostatnich jest już premierem. I od razu wykorzystuje władzę: nasyła policję na swego nieprzekupnego krytyka - dziennikarza.

    Formalnie akcja tej sztuki dzieje się w Polsce międzywojennej, w 1924 r. Faktycznie - wszędzie i zawsze, bo tacy politycy są wiecznie żywi. Wydaje się, że gdy włączymy dowolny kanał informacyjny, znajdziemy tam posłów jak z "Bigdy". Ale ta sztuka nie jest fotografią, lecz karykaturą polityki i motywacji polityków. Taki sposób uprawiania polityki prowadzi do tego, że znajdzie się chętny do wprowadzenia nieszczęścia - dyktatury. Demokracja zaś tylko niekiedy jest klęską.

    GAZETA WYBORCZA
    JANUSZ GAJOS
    Gajos, czyli paradoks
    Łukasz Maciejewski

    Onet.pl

    Niepokonany. W czasach permanentnego sprzedawania prywatności Janusz Gajos pozostaje jedną z ostatnich redut aktorskiej wyjątkowości. Udowadnia że karierę zawodową można budować inaczej. Wyłącznie rolami, a nie codzienną spowiedzią z (nie)udanych ról życiowych.

    Janusz Gajos kończy 80 lat.

    Dziesiątki ról, setki wspomnień: zawadiacka diastema Janka Kosa i berecik z antenką Tureckiego, przepocona koszulka Michała Szmańdy z "Wahadełka" Bajona, rozpacz Hoffmana z "Tam i z powrotem" Wójcika, spryt arcybiskupa Mordowicza z "Kleru", matowe spojrzenie majora Kąpielowego z "Przesłuchania" Bugajskiego, wreszcie banalny, trochę poplamiony wódką, żółty szalik z pięknego filmu Janusza Morgensterna. Gajosowi było w nim do twarzy. Znakomitemu we wszystkim znakomicie.

    Nie sposób go przeoczyć: przykuwa uwagę, nawet grając najbardziej pospolite typy albo występując w słabych filmach. Jest zbyt świadomy swoich możliwości, żeby można było umieścić go w ściśle zdefiniowanym tunelu interpretacyjnym albo przyporządkować do jednego tylko typu ról. Nie ma fizjonomii amanta i drania, a jednak potrafi zagrać jednego i drugiego.

    Z nielicznych wywiadów wiemy, że nie lubi zarówno egzaltowanego, krytycznego pustosłowia na własny temat, jak i niemądrych wycieczek autobiograficznych. Jest bowiem aktorem w starym stylu, dla którego jedynym obowiązującym językiem artystycznej komunikacji z widzem jest teatralna scena albo filmowy plan; bo aktorstwo to sprawa serio. Janusz Gajos jest w tym beneficjentem tego samego artystycznego rodowodu, co Mikołajska, Holoubek, Łomnicki, Komorowska, Zapasiewicz, Trela czy Frycz.

    Zawodową biografię Janusza Gajosa, z perspektywy czasu, można potraktować jako konsekwentną opowieść w stylu amerykańskim. Zgoła hollywoodzkim, z happy endem. Byłaby to rozgrywająca się w tak zwanych trudnych czasach historia o porażkach, które umacniają; albo o wielkich katastrofach, które po latach składają się na spełnienie. Janusz Gajos na Wydział Aktorski Szkoły Filmowej w Łodzi, do szkoły teatralnej w Łodzi zdawał aż czterokrotnie, ale przecież w tym samym czasie pracował już w Teatrze Lalek w Będzinie, gdzie spotkał się z charyzmatycznym Janem Dormanem; rola Janka w serialu "Czterej pancerni i pies" Konrada Nałęckiego była dla Gajosa zawodowym przekleństwem, za które zapłacił kilkuletnią artystyczną banicją, ale równolegle, dzięki zwycięskiemu pokonaniu szufladki z napisem "Janek Kos", możemy dzisiaj mówić, że wielki talent i tak się wybroni.

    Z kolei kiedy Gajos wpadł z hukiem do następnej szuflady, tym razem za sprawą woźnego Tureckiego w telewizyjnym "Kabarecie Olgi Lipińskiej", jednocześnie ustanowił tą rolą obowiązujący w zasadzie do dzisiaj wzorzec aktorstwa komediowego w formule inteligentnej telewizyjnej satyry. Turecki to był bardzo polski cwaniaczek: z wąsem i w waciaku, ale w wykonaniu Gajosa okazywał się także spospolitowanym gogolowskim typkiem z logo PRL-u. Mniej groźnym niż u autora "Rewizora", bardziej leniwym i doskonale znajomym. "Z kogo się śmiejecie"?

    Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy masy zachwycały się Tureckim, aktor stworzył wspaniałe, wycieniowane kreacje w kinie – zagrał Michała Szmańdę w "Wahadełku" Bajona, Kąpielowego w "Przesłuchaniu" czy arcydzielny epizod zastępcy szefa Radiokomitetu w "Człowieku z żelaza" Wajdy. Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku to były jednak przede wszystkim wyjątkowe role aktora w telewizji i w teatrze. Już nie tylko Turecki, Winnicki w "Alternatywach 4" czy jedna z gwiazd "Kabaretu pod Egidą", ale także Ödön von Horvath w "Opowieściach Hollywoodu" Hamptona, Bach w "Kolacji na cztery ręce" Barza, Siemion Siemionowicz Podsiekalnikow w "Samobójcy" Erdmana, Bukara w "Przedstawieniu "Hamleta" we wsi Głucha Dolna” Bresana, Astrow w "Wujaszku Wani" Czechowa i On w "Ławeczce" Gelmana.

    Kazimierz Kutz, twórca m.in. "Opowieści Hollywoodu" i "Samobójcy", odkrył dla telewizji aktorskiego giganta, który wypadał przekonująco zarówno wówczas, kiedy mierzył się z postacią zadziwionego rzeczywistością, uciekającego przed Hitlerem, emigranta w "Fabryce Snów" – pisarza Ödöna von Horvatha, jak i z rolą marnego typka, Podsiekalnikowa w "Samobójcy", którego wyposażył jednak w rodzaj nadświadomości, pozwalającej zachować resztki przyzwoitości w nieprzyzwoitym systemie komunistycznym. Z kolei jako cenzor Rabkiewicz w filmowej "Ucieczce z kina Wolność" Wojciecha Marczewskiego psychologicznie uwiarygodnił portret przedstawiciela być może najbardziej skompromitowanej profesji z czasów PRL’u, który jako jeden z tysięcy anonimowych współautorów okrutno-surrealnej rzeczywistości, potrafił zrozumieć rzeczywistość, gdzie absurd (aktorzy wychodzą z ekranu) przestaje śmieszyć, zaczyna przerażać.

    "Stan wewnętrzny": Janusz Gajos Foto: East News

    "Stan wewnętrzny": Janusz Gajos

    Kino, teatr, telewizja, radio. Dziesiątki ról, w zasadzie każda warta odnotowania. Próba zamknięcia aktorstwa Janusza Gajosa w krótkim szkicu wydaje się skazana na niepowodzenie. W przypadku tego artysty każde analityczne "tak", spotyka się z interpretacyjnym "nie". Podczas długiej kariery zbyt często udowadniał, że nie ma takiego hasła, epitetu lub określenia, którym można by zamknąć jego artystyczną drogę. Gajos to paradoks.

    Bohaterowie Gajosa - zamknięci w sobie albo rubaszni i pełni wdzięku, zdystansowani lub pochmurni, wydają się postaciami, których przerasta status quo. Uparcie próbują czegoś więcej. Zmieniają miny, wyciągają / chowają rewolwer, uparcie przecierają brudne szkła okularów. Są znerwicowani, nie potrafią żyć samotnie. Nawet w monodramach aktor potrzebuje balansu: spotkania ze wzrokiem widza, albo z postacią dramatu, w której spojrzeniu może się odbić. Jest aktorsko wręcz uzależniony od partnera. Tak jakby bliskie było mu zdanie Emmanuela Lévinasa – "ani chwili nie mogę zostać w spokoju sam ze sobą". Być może w tym zdaniu kryje się również inna charakterystyczna cecha Janusza Gajosa. Ten urodzony indywidualista i samotnik, inaczej niż na przykład Łomnicki, znakomicie odnajduje się w zespole. W wieloobsadowych przedstawieniach niemal zawsze wygrywa swoją odrębność, nie przeszkadzając jednak niepodległości rozwiązań kolegów. On gra fair. Zawsze.

    Czytaj wszystko

    Dofinansowano ze środków MKiDN