EN
image/svg+xml

Dwa księżyce, reż. Andrzej Barański
w cyklu "Przywrócone arcydzieła"

Termin → 16 marca 2020
Miejsce →  MOS
Godzina → 19:00
Bilet → 12 zł
Goście → Andrzej Barański, Ryszard Lenczewski

Oraz aktorzy: 

  • Jan Frycz 
  • Bożena Dykiel 
  • Maria Gładkowska 
  • Grażyna Trela 
  • Bożena Adamek 
  • Dorota Pomykała 


Czytając opowiadanie „Dwa księżyce” Marii Kuncewiczowej, Andrzej Barański odnalazł weń tematykę, która pociągała go najbardziej. Reżyser jest bowiem piewcą polskiej prowincji. Niemal wszystkie jego filmy (poza „Parę osób mały czas”) rozgrywają się w plenerach rodzimych wsi. Na zrealizowany w 1993 roku obraz złożyło się 17 epizodów, w których wystąpiło w sumie 107 osób, a 40 zagrało główne role. Film zgromadził czołówkę polskich aktorów – od Cezarego Pazury przez Bożenę Adamek, Artura Barcisia, Franciszka Pieczkę, aż do Joanny Szczepkowskiej czy Grażyny Treli. Mimo mnogości wątków i postaci reżyser nie potknął się ani razu. Wszystkie wątki poprowadzone są biegle i konsekwentnie, a postaci – dzięki umiejętnie prowadzonym aktorom – wybrzmiewają należycie. Barański pieczołowicie i z uczuciem oddaje realia i atmosferę opisanego przez Kuncewiczową, międzywojennego Kazimierza. W mieście tym skonfrontowani zostali ze sobą biedni i bogaci. Nad każdą z tych grup świeci inny księżyc, jednak poza różnicą w majętności łączą ich uniwersalne problemy. Każdy niezależnie od stopnia szaleństwa, urodzenia, czy religii szuka sensu swojego istnienia, próbuje nadać życiu wartość, a nade wszystko znaleźć dla siebie miejsce na ziemi. Barański traktuje poszukujących bohaterów z sympatią, ale nie naiwnie. Podobny zresztą ma stosunek do widzów, o czym warto się osobiście przekonać.

Artur Zaborski / ESENSJA

***
 

ESEJ

POEZJA, PAPROTKA, KIEŁBASA

KINO ANDRZEJA BARAŃSKIEGO

 

Przestrzeń prywatna, przestrzeń profesjonalna. Która jest prawdziwa, która ważniejsza? Pisząc o kinie Andrzeja Barańskiego, nie potrafię uciec od prywatności. Nie chcę być obiektywny. To przypuszczalnie błąd w sztuce, ale nie jestem w stanie zrezygnować ze statusu współuczestnika filmowej przygody. Jako krytyk-przyjaciel czuję się halabardnikiem w filmowym śnieniu Andrzeja Barańskiego. To wyróżnienie, wielki zaszczyt.

 

NAD RZEKĄ KTÓRA JEST

Zbyt wiele wzruszeń. Gotowe, filmowe obrazy. Na przykład rozgrywające się w Kazimierzu nad Wisłą „Dwa księżyce” (1993), jedno z największych artystycznych spełnień polskiego kina. Oglądane przeze mnie po raz pierwszy równo  osiemnaście lat temu, na pokazie plenerowym w Kazimierzu Dolnym, miało specjalną wagę. Autochtoni z Kazimierza odkrywali na ekranie siebie, a ja – szpetny szesnastoletni – piękniałem w ich zachwycie, czując się jak usynowiony mieszkaniec Rimini, oglądający po raz pierwszy w życiu film Federica Felliniego.

Szybko odkryłem kolejne tytuły z filmografii Barańskiego: „Tabu” (1987), „Kobietę z prowincji” (1984), „Kramarza” (1990), „Nad rzeką której nie ma” (1991). Zachwyt był wspólną częścią inicjacyjnego doświadczenia. Podziwiałem Barańskiego za pamięć detalisty. Że nigdy nie zapominał o drobiazgach. Wzorze na muślinowej kreacji panny Flory (Joanna Szczepkowska) w „Dwóch księżycach”, o prostym spojrzeniu Andzi (Ewa Dałkowska), najpiękniejszej „Kobiety z prowincji”, drżących dłoniach ukrytych pod delikatną materią sukienki w wielkie, czarne grochy, należącej do Marty (Joanna Trzepiecińska) w „Nad rzeką której nie ma”.

W międzyczasie przyjaźń artystyczna przerodziła się w sympatię prywatną. Poznałem Andrzeja Barańskiego, polubiliśmy się. Od tego czasu spotykamy się co kilka miesięcy, zazwyczaj w towarzystwie żony Pana Andrzeja, Albiny Barańskiej, dobrej wróżki przedmiotów i kostiumów, autorki wnętrz do ponad stu polskich filmów, w tym wszystkich filmów męża. Wymieniłem z Barańskim setki mejli. E-maile od Andrzeja Barańskiego są jak jego filmy. Erudycja małych liter. Wielkość która nie potrzebuje patosu. 

Czasami przyjeżdżałem także na plany filmowe. Kiedy Barański kręcił „Parę osób, mały czas” (2008), wydawało się, że reżyser zaczarował ekipę. Nie było nerwów, „kurew” i irytacji. Chodziło o sublimację tematu, uwznioślenie Mirona. A dookoła tego spokoju, w filmowej kuchni, na korytarzu, nawet w toalecie mieszkania Białoszewskiego, stały ustawione przez Albinę Barańską kwiaty. Piwonie i mimozy. Dalej, cisza, zamknięte oczy Krystyny Jandy, szeroko otwarte oczy zachwytu.

Dlatego na kolejne filmy Barańskiego czekam jak na spotkanie z przyjacielem. Kimś bliskim. Nigdy mnie nie zawiódł, nigdy nie zdradził.

 

MAŁY WIELKI KSIĄŻĘ

Wiosną przyszłego roku w kinach studyjnych pojawi się nowy film Andrzeja Barańskiego – „Księstwo”. Twórca „Niech gra muzyka” (2000), tym razem sięgnął po znakomity, mocny obraz polskiej wsi autorstwa Zbigniewa Masternaka. Powstał film o micie przeklętym. O wmówieniu wyjątkowości, która staje się znamieniem na życie.

W czarno-białych kadrach Barańskiemu udało się sfotografować beznadzieję polskiej wsi na kilka lat przed transformacją gospodarczą. Stare minęło, nowe nie przyszło. Bezczas. W „Księstwie”, którego akcja rozgrywa się w Górach Świętokrzyskich w latach 90. ubiegłego wieku, nie ma sidingów, anten satelitarnych i schludnych gospodarstw z logo Unii Europejskiej. Są pijatyki, kompleksy, pelargonie w oknach i rozpacz w oczach. Demonstracja bezsiły. Jacek Petrycki dokumentalną kamerą nie upaja się urodą miejsca. U pana Boga w ogródku tym razem rosną chwasty. Filmowo są piękne.

Ojciec (Michał Anioł), w pijackim widzie przekazał synowi trującą deklarację nieśmiertelności. Wmówił mu, że ród Pasternaków wywodzi się z pradawnego plemienia Wiślan. Są królami. Wieś, w której mieszkają, jest ich księstwem. Tragedia królestwa nie z tej ziemi nie ma jednak w filmie Barańskiego biblijnego wymiaru. Nie chodzi o Leara, tylko o lirę spostponowaną. Utaplaną w błocie, umęczoną pracą na roli, upojoną tanim bełtem. Zbyszek (Rafał Zawierucha) jest sympatycznym przeciętniakiem nad którym zawisło przekleństwo królewskiego losu. Nie doczeka się purpury. Bo nie pasuje – ani do wsi, ani do miasta.

Jeżeli nawet w nowym filmie Barańskiego pojawia się dosłowność, detonowana jest groteską. Także wiejska gwara została przefiltrowana literacko. Zagrana, a nie powiedziana. To rzeczywistość, w której nie znajdziemy sentymentalnych opisów przyrody. Zwierzęta kocha się tutaj bardziej od ludzi – wstrząsająca jest na przykład scena usypiania podwórkowych psów, ale serce matki bije równie mocno jak w dziecinnej kołysance. Matka chłopca (Aldona Jankowska, dotychczas znana niemal wyłącznie z kabaretowych występów w TVN’owskim show Szymona Majewskiego, stworzyła w tym filmie jeden z najpiękniejszych portretów macierzyńskich w polskim kinie), po śmierci męża, desperacko usiłuje stworzyć synowi warunki do godnego życia, chce, żeby uciekł z wiejskiego piekła, które postronnym wydaje się czystym, pogodnym niebem. Ale Zbyszek, Książę, nie potrafi tego docenić. Przegrany, wraca ze studiów, których na dobre nie udało mu się nawet rozpocząć. Zbyt wcześnie kończy wymarzoną karierę piłkarza. Wraca do mamy, do domu. Mit się jednak wypalił. Zbyszek jest miastowy. Nie skończył studiów, nie nadaje się na rolnika. Znowu nie pasuje. Książę na okrutnym ziarnku grochu.
 

SMAŻONE ZIELONE POMIDORY

Jest centrum i są marginesy. Barańskiego interesowało zawsze to, co dla większości pozostaje niewidoczne. Marginesy. Wierny literaturze, nie sięga po bestsellery. Ten wytrawny stylista i znakomity rzemieślnik, nie realizuje filmów z założenia konfekcyjnych, nie walczy o czołowe lokaty w box office’ie.

Próba ogarnięcia gigantycznego dorobku reżysera, w którego skład wchodzą zarówno fabuły, jak i filmy telewizyjne, wybitne Teatry TV, krótkie metraże, dokumenty i animacje, jest wyzwaniem. Trudno znaleźć nazwisko reżysera równie wszechstronnego, i co może okazać się niespodzianką tajemniczego. „Jesteśmy w Arkadii z problemami socjalnymi – mówił o swoim kinie. – Zapewne nie omijały one arkadyjskich pastuszków”.

Twórca „Braciszka” (2007) jest reżyserem antypodów stylistycznych i znaczeniowych. Z nikim się nie kojarzy, nie przynależy do żadnej formacji. W znakomitych filmach krótkometrażowych, animacjach, filmach telewizyjnych i kinowych, Barański miał zawsze świadomość konkretnego medium. W taki sposób wybierał literacki materiał, po czym wymyślał dlań ekwiwalent obrazowy, żeby widz mógł skupić się na twarzy, emocji. Na szczególe. Przecież nawet pozornie prościutki „Braciszek”, znacząco przekraczał sferę ludyczności, folkloru religijnego, bożych świątków, do których został przypisany. Nieprzypadkowo muzyczne tło opowieści o bracie Alojzym (Artur Barciś) stanowiły kompozycje Bedetto Marcellego, Jana Sebastiana Bacha, Karla V. Dittersdorrfa czy Antonio Vivaldiego, a sceny w klasztorze przywodziły na myśl malarstwo Borisa Kostodiewa.

Klasyk polskiej krytyki filmowej, Aleksander Jackiewicz, definiował twórczość Andrzeja Barańskiego jako „nowe kino literackie” i określał jego filmy jako „historie o postawach wobec sztuki”. Z kolei Konrad Eberhardt w szkicu „Odwrócić kolejność”, notował: „Barański traktuje swoich bohaterów życzliwie, niemniej patrzy z dystansu i nie zamka oczu na ich śmiesznostki. Rejestruje codzienne czynności: słuchanie radia, które przebiega w uroczystej atmosferze, spacery po miasteczku, przygotowanie łóżka na noc.”

Świat kina Andrzeja Barańskiego, począwszy od debiutanckiego „W domu” (1975), to właśnie obraz tego typu drobiazgów, małych liter, niewielkich miasteczek, w których rodzą się ciche, ale wcale nie mniej przez to bolesne, dramaty i namiętności. To świat, który ma zapach ogórków kiszonych i świeżych pomidorów z ogrodu panny Malwiny (Bożena Dykiel) z „Dwóch księżyców”, albo lekko ubłoconej dekadencji w „Horrorze w wesołych bagniskach” (1995). Kino Andrzeja Barańskiego przemawia spokojnym, wyważonym głosem reżysera, jego uśmiechem.

Barański wędrował zawsze własnymi ścieżkami. Chodzi jednak o polne dróżki, nie o autostrady wyglancowane na „Euro 2012”. Pociągi regionalne, a nie Inter City. Twórca „Wolnych chwil” (1979) nie narzeka zresztą na deprymujące opóźnienia w rozkładzie jazdy kolei, nie ujada na kolegów, nie irytuje się że jego wspaniałe filmy nie są w Polsce nagradzane, albo nawet – jak miało to miejsce na ostatnim festiwalu w Gdyni – nie zostają dopuszczane do głównego konkursu. Po prostu robi swoje. Na przekór wszystkim, na własnych prawach, nie zgadzając się na artystyczne kompromisy.

Dobrze wie że oliwa i tak będzie się sprawiedliwa. Odrzucone przez selekcjonerów festiwalu w Gdyni „Księstwo”, paradoksalnie może okazać się jednym z największych międzynarodowych sukcesów w karierze Barańskiego. Po pokazie konkursowym w Karlovych Varach, otworzył się zdumiewający worek z propozycjami. „Księstwo” zakwalifikowało się na wiele prestiżowych  międzynarodowych festiwali (Cottbus, Montreal, a nawet w Indiach). Amerykański krytyk, Tom Ellis, uznał niedawno „Księstwo” za jeden z najwybitniejszych europejskich filmów dekady i najważniejsze wydarzenie prestiżowego festiwalu w Mill Valley.

Zbyszek z „Księstwa” do pewnego stopnia przypomina zresztą Szymona z „Dwóch księżyców”, Michała z „Kawalerskiego życia na obczyźnie” (1992), Admirała z „Nad rzeką której nie ma” czy Witka z „Niech cię odleci mara” (1982). A Rafał Zawierucha jest kolejnym sympatycznym marzycielem w filmowej kolekcji Barańskiego, nawet fizycznie przypomina trochę Marka Bukowskiego, Marka Probosza czy Jana Wieczorkowskiego. Lubimy go od pierwszego wejrzenia i jest nam bardzo przykro, że los tak źle się z nim obchodzi.
 

PRZYZWOITOŚĆ

W filmach fabularnych Andrzeja Barańskiego forma zazębia się z treścią, a treść – czyli emocje bohatera – nadają rytm całości. Ten rytm bywa uwodzicielski kiedy Barański opowiada o kruchości i sile relacji damsko-męskich („Nad rzeką której nie ma”), ale najczęściej staje się polifonią rozbebeszoną. Piękną partyturą, w której ktoś złośliwie ukradł klucz wiolinowy, poprzestawiał nuty i zostawił tylko nieładne dźwięki. A jednak ta sama fatalna partytura robi duże wrażenie, brzmi znajomo. Doskonale rozumiemy przecież tęsknotę Stańczakowej (Krystyna Janda w filmie „Parę osób, mały czas”) za szczęściem, które kiedyś było bardzo blisko, ale od dawna jest daleko.

Barański zamienia literaturę (Czycz, Choromański, Kuncewiczowa) w zgrzebną codzienność, w której bez neoromantycznego sztafażu, najważniejsze jest proste, dobre, życie. Przyzwoitość. Taka właśnie jest sześćdziesięcioletnia Andzia (w tej roli wielka Ewa Dałkowska), tytułowa „Kobieta z prowincji”, która wędruje przez swoje banalne życie z delikatnym uśmiechem. Wraca do wspomnień (film ma zaburzoną, achronologiczną narrację), do dawnych miłości i bolesnych przeżyć. I tylko jej uśmiech się nie zmienia. Naznaczył ją na zawsze. „Film Barańskiego nie gwarantuje zabawy, dostarcza za to materiału do zadumy. Że może właśnie chodzi o to, by zgoda na rzeczywistość nie oznaczała zgody na rzeczywistość jakąkolwiek, a droga do szczęścia – szczęścia pojmowanego jako minimum spokoju – nie była już nigdy drogą przemierzaną na kolanach” – pisał w przenikliwej analizie „Kobiety z prowincji” Ryszard Marek Groński.

Albo „Parę osób, mały czas”,  jeden z kilku zaledwie polskich filmów ostatnich trzech dekad o których szczerze mógłbym napisać że był arcydzielny. To zresztą być może najwybitniejszy portret artysty w polskim kinie.

Oto koleje życia. Cudzego życia, które – i w tym szczególna wartość filmu Barańskiego – staje się życiem widza. I prawdziwym przeżyciem. Jadwiga Stańczakowa jest niewidoma. To kalectwo i zaszczyt. Wyróżnienie, bo przecież niewidzący dostrzega więcej. Widzi kontury duszy, kształty wrażliwości, kreski rozpaczy. Ale Jadwiga często rozpacza. Bo zamiast duszy czasami wolałaby zapewne zobaczyć poczciwą paprotkę, albo pętelkę kiełbasy. Tego nie widzi. Słyszy gderającego tatę, szczebiot córki, albo oratorskie popisy zięcia, ale przede wszystkim, od pewnego momentu, słyszy Jego: Mirona (Andrzej Hudziak).

Białoszewski odmienił życie Jadwigi. Nie tylko dlatego, że dzięki niemu sama zaczęła pisać wiersze. Miron zamienił jej życie w poezję. Poezję trudną, bo życie u boku Białoszewskiego nie należało do łatwych. Poezję skomplikowaną, bo uczucie wrażliwej kobiety do zdeklarowanego homoseksualisty również miało swoją cenę. Jadwiga przepisywała Mironowi rękopisy, prała skarpetki, kupowała majtki. Ale także jeździła z nim na niekończące się autobusowe nocne toury, poznała nocny alfabet Warszawy, własny mrok i jasność. Poznała siebie. Film Barańskiego to rzecz o momencie, w którym życie staje się poezją. I na odwrót.

 

PRZYMIARKI

Wojna, stalinizm, komunizm, wolna Polska - w kinie Barańskiego przewroty są codziennością. Inteligencja, spokój, poczucie humoru: również dzięki tym cechom charakteru, polska rzeczywistość w filmowym ujęciu Andrzeja Barańskiego staje się trochę mniej groźna, oswojona. Tak jakby Barański za Tadeuszem Różewiczem, swoim mentorem i przyjacielem, stale przypominał nam sławną sentencję z „Kartoteki”, że „czasy są niby duże, ludzie trochę mali”. Tyle że kolejność może być przecież dowolna. Małe czasy, mali ludzie, małe tęsknoty. Nie potrzeba dodawać im wagi. To co małe, doskwiera równie mocno.

W tej rzeczywistości radość może przynieść ćma na firance, rozlany rosół, albo tytułowa ryba złapana na wędkę w „Dniu wielkiej ryby” przez Jana (Jan Peszek), dalekiego krewnego słynnego bohatera opowiadania Hemingwaya. W „Nad rzeką której nie ma”, przenikliwym filmie o tragedii młodości, owocowe wino miało smak ambrozji, dziewczyny były prawdziwe i miłość prawdziwa. Jak w najlepszych filmach Rohmera.

Barański pracuje nieustannie. Nie uczestniczy w środowiskowym życiu towarzyskim, nie spotkamy go na żadnej gali ani bankiecie. Pisze scenariusze, przygotowuje kolejne animacje i dokumenty.

Nota bene, lista gotowych filmów Barańskiego, które nie powstały, wydaje się niemal równie ciekawa, jak zestawienie tytułów nakręconych. Barański przygotował fabuły o Witkacym, Waldemarze „Majorze” Fydrychu, liderze „Pomarańczowej Alternatywy”, a także o Jerzym Szaniawskim (1886- 1970), dramaturgu, felietoniście i pisarzu, któremu największą sławę przyniosła mu seria opowiadań o profesorze Tutce.

Prawdopodobnie nie zobaczymy „Przymiarek” – filmu Andrzeja Barańskiego o „przymierzaniu” się młodego bohatera do dorosłości. Nie doczekamy się również autorskiej adaptacji „Kosmosu” według Witolda Gombrowicza, albo filmu pod intrygującym tytułem „Osioł grający na lirze” na podstawie postmodernistycznego tekstu Jadwigi Kukułczanki, łączącego wpływy literackie, malarskie i filozoficzne (scenografia Mitoraja). Początkowo „Osła...” miał reżyserować Wojciech Jerzy Has, który jest także autorem scenopisu i dialogów. Kiedy twórca „Rękopisu znalezionego w Saragossie”  (1964) zaczął chorować, zaproponował żeby film powstał przy współudziale Barańskiego. Nie udało się.

Bardzo żałuję że prawdopodobnie nie powstanie także „Wrzos”. To miał być  widowiskowy serial na podstawie powieści Marii Rodziewiczówny, autorki „Trędowatej”. Scenariusz napisał Tadeusz Chmielewski, a projekt rozmachem i ambicjami miał nawiązywać do klasyków gatunku: „Lalki” Bera czy „Nocy i dni” Antczaka.

 

***


Zagrali u niego prawie wszyscy wybitni polscy aktorzy. Nie znam ani jednego przypadku, żeby ktokolwiek mówił o Barańskim z cieniem ironii, albo z dystansem. Przeciwnie, na hasło Andrzej Barański, twarze moich rozmówców natychmiast się rozpromieniają. Jakby jaśnieli. Znam dobrze to uczucie. Pytany o Andrzeja Barańskiego, jaśnieję.

To nie tylko moje kino, ale także „mój” człowiek. Cenię Pana Andrzeja nie tylko za wspaniałe filmy, ale także za uczciwość, lojalność w przyjaźni, wszystkie dobre słowa i mądre rady, którymi mnie obdarzył.  Wspominam nasze rozmowy: o starych kalendarzach odnalezionych na strychu w domu mojej babci, albo o Canettim. Od dołu do góry, od trywialności - do metafory. W kinie Barańskiego świat codziennie rozpada się na okruszki, i niby nie zostaje nic. Choć tajemnica reżysera polega na tym, że jednak coś zostaje. Coś, czego symbolem jest sam proces opowiadania, prowadzenia narracji. Mówienie - trochę jak u Becketta: usta, gest ręki opowiadającego, oraz rozmawiające przedmioty: cerata w kuchni, kukułka zegarka, dekolt Bożeny Dykiel w „Kawalerskim życiu na obczyźnie”, wysypujący się mak w „Księstwie”.

W Krakowie dzisiaj od rana świeciło słońce. Przed napisaniem eseju o Barańskim, wybrałem się na długi spacer wzdłuż Plant. Potem Wawelem, w stronę Wisły. Późnojesienne drzewa oszalały z radości. Pyłki znowu dostały rui, uczulając mnie optymizmem. Pieski, spacerki, pańcie krakowskie w niemodnych butkach na sfatygowanych obcasikach. Merdały sobie torebkami. „Nad rzeką której nie ma” zobaczyłem „kobiety z prowincji”. A to Barański właśnie.


Łukasz Maciejewski / FILM

 
 

 

Czytaj wszystko