EN
image/svg+xml
Kazimierz Kutz

Nikt nie woła / Kazimierz Kutz
In memoriam

    > 15
    Najbliższe terminy

    Kazimierz Kutz był mitem założycielskim polskiego filmu. Był jak Śląsk. Prawy, czuły i niepokorny. Był perłą. W szopienickiej koronie. Śląski plebej, który zawojował warszawskie salony; wykształciuch, który nie zapomniał gwary; bystry ironista i brutalny szyderca. Barbarzyńca w ogrodzie udawanych czułości.

    „Moje filmy – pisał – to były moje sny ku pokrzepieniu mego skołatanego serca i serc moich ziomków, zrobione, aby sobie i im przypomnieć naszą przeszłość, z której należy czerpać siłę do przetrwania i zwyczajne poczucie godności.”

    17 czerwca 2018 r. w Małopolskim Ogrodzie Sztuki w Krakowie odbyły się ostatnie przed wakacjami „Przywrócone arcydzieła” -  w cykl w którym od 2013 roku prezentuję największe arcydzieła polskiego kina, pokazałem „Perłę w koronie”. Gośćmi pokazu byli Kazimierz Kutz i Olgierd Łukaszewicz, odtwórca roli Jana.

    To było kolejne spotkanie Kazimierza Kutza z publicznością w tym cyklu. Kilka miesięcy wcześniej w towarzystwie Ewy Wiśniewskiej prezentował „Paciorki jednego różańca”, a w czerwcu 2017 roku „Śmierć jak kromę chleba”.

    Premiera po latach „Perły w koronie” miała szczególny charakter. Autentycznie poruszony reżyser mówił: „Oglądałem "Perłę w koronie" teraz z wami i pomyślałem sobie, że ja, stary pierdoła z Szopienic, wygniotłem z siebie wtedy, jak wągra z dupy, prawdziwą sztukę”, a ukochany aktor Kutza, Olgierd Łukaszewicz, w pewnym momencie uklęknął przed reżyserem jako największym artystycznym mentorem i filmowym odkrywcą. Wzruszeni byli twórcy, wzruszona publiczność.

    Niestety, okazało się że rozmowa po seansie „Perły w koronie” była ostatnim publicznym wystąpieniem Kazimierza Kutza. Reżyser doszedł 18 grudnia 2018 r.

    Mieliśmy wiele kolejnych planów – byliśmy umówieni na pokaz „śląskiej trylogii” na festiwalu „Kino na Granicy” w Cieszynie, a na początek 2019 roku na projekcję „Nikt nie woła” w  „Przywróconych arcydziełach”. Lubię dotrzymywać obietnic. Bo chociaż nie ma z nami reżysera, pokaz „Nikt nie woła” odbędzie się. Wezmą w nim udział bliscy współpracownicy reżysera, artyści, aktorzy, scenografowie, kompozytorzy, oraz rodzina artysty.

    4 lutego w Małopolskim Ogrodzie Sztuki po projekcji „Nikt nie woła” Kazimierza Kutza wspominać będą związani z nim krakowscy artyści: Jerzy Trela, Dorota Segda, Tomasz Schimscheiner, Roman Gancarczyk, Ewa Kaim, Anna Radwan, Aldona Grochal, Monika Niemczyk, Jerzy Fedorowicz, Marian Dziędziel, Artur Dziurman, Agnieszka Mandat, kompozytor – Jan Kanty Pawluśkiewicz, wieloletnia asystentka reżyserska Kazimierza Kutza – Maria Guzy, scenograf – Ryszard Melliwa, kuzyn, bratanek reżysera - Krzysztof Kuc, oraz synowie Kazimierza Kutza – Tymoteusz i Gabriel.


    Zapis fragmentów ostatniego spotkania z Kazimierzem Kutzem („Przywrócone arcydzieła” / „Perła w koronie”):


    ***

    NIKT NIE WOŁA
    1960
    czas trwania: 86 min
    Reżyseria: Kazimierz Kutz
    Scenariusz: Józef Hen        
    Zdjęcia: Jerzy Wójcik        

    Obsada: Zofia Marcinkowska [Lucyna], Henryk Boukołowski [Bożek, Bohdan Nieczuja], Barbara Krafftówna [Niura], Halina Mikołajska [Olga Stareńska], Aleksander Fogiel [włóczęga Burmistrz], Ryszard Pietruski [Zygmunt], Laura Dębicka [Alicja, siostra Lucyny], Irena Jaglarzowa [matka Niury], Stanisław Tym, Andrzej Zamięcki [Stefek]           

    Montaż: Irena Choryńska
    Muzyka: Wojciech Kilar    
    Scenografia: Jarosław Świton 
    Produkcja: Studio Filmowe (dawniej Zespół Filmowy) „Kadr”  
    Kierownictwo produkcji: Tadeusz Karwański

    O filmie:

    "Nikt nie woła" z 1960 roku, dzieło prekursorskie jeśli idzie o język kina (fenomenalne zdjęcia Jerzego Wójcika), ale i ostro polemiczne z dziedzictwem "szkoły polskiej". Grany przez Henryka Boukołowskiego Bożek w "Nikt nie woła" był w istocie antytezą ideału Chełmickiego-Cybulskiego z "Popiołu i diamentu" Andrzeja Wajdy. Bożek nie chce umierać jak Maciek na śmietniku historii, chce zacząć życie od nowa, chce się zakochać. To było odkrywcze i nowatorskie podejście wobec obowiązującej wówczas neoromantycznej ideologii wymagającej od bohaterów polskiego kina ofiary, postawy, jakiegoś gestu. U Kutza inaczej. Polska była kobietą, była dziewczyną, i o taką Polskę toczyła się walka. Zdobycie – i przetrwanie – miłości, oznaczało przetrwanie Polski. Chodziło zresztą nie tylko o temperaturę emocji, ale i o całą ikonografię. O ile na przykład kino Munka przesycone było ironią alla polacca, ironią patrioty pamflecisty, o tyle Kutz w "Nic nie woła" zapoczątkował zupełnie nową rozmowę – świat przedstawiony, owa mityczna nowa Polska, była dzika, wyalienowana, pogrążona w inercji. I tylko uczuciowy afekt, tylko seks, a nie modlitwa czy narodowa symbolika, mogły ową inercję zamienić we frenezję.

    REKLAMA

    Tak, to było zuchwałe. I to właśnie po latach przesądza o nieskazitelności tego tytułu, który mając w sobie na pewno coś z ducha Antonioniego (u Kutza to było czysto intuicyjnie), jest zarazem dziełem autentycznie niepodległym i stale inspirującym kolejne pokolenia twórców, czego ostatnim dowodem jest oczywiście "Ida" Pawła Pawlikowskiego.

    W 2012 roku, podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, prowadziłem z Kazimierzem Kutzem spotkanie mistrzowskie, pokazywaliśmy właśnie "Nikt nie woła". Reżyser po projekcji mówił: "Panował wtedy zbiorowy ferment. My nie kalkulowaliśmy, nie szukaliśmy wzorów, po prostu mieliśmy absolutne przekonanie, że mamy talent, jesteśmy najlepsi, możemy zmieniać świat. "Nikt nie woła" to była jazda bez trzymanki. Miałem poczucie że robię coś, czego nie zrobił nikt przede mną. Że historię kina zaczynam od nowa. To było bardzo bezczelne. To było bardzo piękne".

    Kazimierz Kutz

    Łukasz Maciejewski, Król w szopienickiej koronie, Onet.pl

    Czytaj wszystko

    Projekt jest finansowany ze środków MKiDN